Krach coraz bliżej

Zbudowany, a raczej zakonserwowany przez Aleksandra Łukaszenkę postsocjalistyczny „białoruski model” zdominowany przez nierentowne przedsiębiorstwa państwowe dożywa właśnie swoich ostatnich dni. Rosja może utrzymywać przez jakiś czas Białoruś, ale trzęsienia ziemi nie da się uniknąć

 

W trakcie spotkania z Radą Bezpieczeństwa, które Aleksandr Łukaszenka odbył w połowie września, komentując sprawę obecności białoruskich wojsk na zachodniej granicy, które były tam wysłane po to aby bronić kraju przed urojoną agresją ze strony Polski i Litwy, niejako mimochodem rzucił zdanie, które dobrze opisuje dzisiejsza sytuację gospodarczą Białorusi. „Nie możemy tam bez potrzeby – powiedział – trzymać sił zbrojnych, tym bardziej, że to niemało kosztuje”.

 

Budżet w opałach

 

Białoruski budżet już zaczyna odczuwać presję będącą wynikiem kumulacji niekorzystnych zjawisk. Najpierw dochody zaczęły maleć z powodu ograniczeń w imporcie rosyjskich węglowodorów, których reeksport i przeróbka stanowiły ważne źródło wpływów, potem zaś nastąpiło spowolnienie gospodarcze (szacuje się, że w tym roku białoruski PKB spadnie o 4-4,5 proc.) w efekcie pandemii i wreszcie strajki i zwolnienie rytmu pracy, co było bezpośrednim skutkiem powyborczych protestów. Jak informował minister finansów Jurij Seliwestrow, białoruski budżet przeżywa i przeżywał będzie w tym roku znaczące trudności. W jego opinii, niedobór dochodów budżetowych zamknie się kwotą od 3 do 4 mld rubli w porównaniu z planami z początku roku, co oznacza łączny deficyt w wysokości niemal 5 mld, miast pierwotnie planowanego na 900 mln a następnie podniesionego do 2,1 mld rubli. Deficyt po pierwszych siedmiu miesiącach, według oficjalnych danych wyniósł 1,4 mld rubli, jednak zaobserwowany do tej pory spadek dochodów budżetu związany jest przede wszystkim z perturbacjami początku roku związanymi z brakiem dostaw rosyjskiej ropy naftowej oraz pierwszymi symptomami kryzysu związanego z pandemią COVID-19 (spadek dochodów z podatku od zysków (18 proc.) oraz dywidend z przedsiębiorstw państwowych (zmniejszenie o 21 proc.). Dane te nie uwzględniają ekonomicznych skutków, przede wszystkim strajków oraz zwolnienia produkcji, kryzysu politycznego po sfałszowanych wyborach prezydenckich. Informacje makroekonomiczne, które pojawiły się po pierwszym półroczu wskazują na dramatyczne pogorszenie się kondycji całej białoruskiej gospodarki. Jej sumaryczny czysty zysk wyniósł 2,7 mld rubli i był 2,6 raza mniejszy niźli w pierwszym półroczu ubiegłego roku, a liczba przedsiębiorstw, które zakończyły półrocze ze stratą wyniosła 1266 (w 2019 roku było to 958). Różnice regionalne są jeszcze głębsze. Nieźle, na tle całego kraju, trzyma się gospodarka rejonu Mińska. Tam zlokalizowane firmy zakończyły półrocze z zyskiem 1,7 mld rubli, co oznacza, że reszta kraju wypracowała jedynie 1 mld rubli na plusie.

 

Ale ten obraz jest już nieaktualny. W wyniku protestów, strajków i represji białoruskich organów siłowych, którym poddawany jest w pierwszym rzędzie dający niemal 6 proc. PKB kraju sektor IT kondycja gospodarki zaczęła się w ekspresowym tempie pogarszać. Eksperci rosyjskiego dziennika ekonomicznego „RBK” obliczyli, że rozmaitego rodzaju protesty, w tym i strajki, ogarnęły 30 dużych białoruskich przedsiębiorstw, odpowiadających za 27 proc. PKB kraju. Jakie będą rzeczywiste, gospodarcze skutki trwających strajków, czy zwolnienia tempa pracy trudno obliczyć, jednak z cząstkowych, dostępnych danych, wyłania się obraz istotnego ich wpływu. Gleb Sandros, rzecznik komitetu strajkowego Białoruskali, wielkiego kombinatu produkującego nawozy mineralne, który w 2019 roku wpłacił do budżetu 5,6 proc. jego dochodów, jest zdania, że firma w sierpniu nie była, z powodu protestów, w stanie zrealizować więcej niźli 60 do 70 proc. pierwotnego planu wydobycia i eksportu. W innych wielkich firmach, takich jak np. MAZ, gdzie nie ma strajków a liderzy protestów zostali aresztowani, robotnicy odmawiają pracy w nadgodzinach, wykorzystują przysługujące im urlopy i dni wolne, generalnie sabotując polecenia kierownictwa. W efekcie, w miejsce 30-35 ciężarówek dziennie, które produkowano w MAZ w poprzednich miesiącach, w sierpniu linie produkcyjne opuszczało ich 20. W skali całego miesiąca, jak wynika z opublikowanego przez Komitet Strajkowy zestawienia wyprodukowano 562 maszyny, miast założonych 732.

 

Mińsk po uszy zadłużony

 

Po ostatnim komunikacie białoruskiego Banku Centralnego, z którego można było się dowiedzieć, o szybko spadających rezerwach walutowych kraju realnym scenariuszem stało się mówienie o perspektywie niewypłacalności Mińska, który już niedługo może nie poradzić sobie ze spłatą ciążących na nim długów. Po analizie bieżącej sytuacji płatniczej Białorusi Agencja Standard&Poor’s (S&P) obniżyła ze „stabilnej” na „negatywną” krótkoterminową prognozę kraju, sam rating pozostawiając na poprzednim poziomie B/B. Agencja zwraca uwagę na szybko zmniejszające się rezerwy kraju, które na koniec sierpnia osiągnęły poziom równy 2,6-miesięcznej wielokrotności importu, podczas gdy międzynarodowe organizacje, takie jak MFW, za bezpieczne uznają pokrycie rezerwami trzymiesięcznego importu. Znacznie jednak gorsze są przyczyny zaistniałej sytuacji. Otóż 16 proc. spadek białoruskich rezerw walutowych w sierpniu był wynikiem zwiększonego wycofywania wkładów, zarówno denominowanych w dolarach jak i rublach, przez osoby fizyczne. Innymi słowy zaniepokojeni sytuacją polityczną w kraju Białorusini, obawiając się dewaluacji miejscowej waluty postanowili ulokować swe oszczędności w twardej walucie, co gorsze dla systemu bankowego, trzymanej w domu a nie na rachunkach. Spowodowało to już 20-proc. dewaluację białoruskiego rubla i wywołało ze strony Banku Centralnego nieskuteczną obronę stabilności waluty, czego efektem jest dramatyczny spadek płynnych rezerw, którymi dysponuje kraj. Warto pamiętać, że na 7,4 mld dolarów białoruskich rezerw, jedynie 3,2 mld dolarów to płynne rezerwy walutowe. W ciągu miesiąca spadły one z poziomu 4,6 mld dolarów, co oznacza, że środków wystarczy na kontynuowanie obecnej polityki interwencji, celem obrony rubla, na, optymistycznie patrząc, dwa miesiące. Bank Centralny z taką desperacją broni kursu lokalnej waluty, bo 95 proc. białoruskich długów denominowanych jest w dolarach, a kraj stale notuje deficyt w obrotach bieżących. Dewaluacja rubla w sytuacji spadku dochodów budżetowych i zmniejszenia się dochodów z eksportu zmusiłaby Mińsk do ucieczki „do przodu” polegającej na druku pustego pieniądza, a wtedy wenezuelski scenariusz na Białorusi, przed którym od pewnego czasu przestrzegają tamtejsi ekonomiści zacząłby majaczyć na horyzoncie.

 

Według informacji białoruskiego Ministerstwa Finansów dług kraju na początku września kształtował się na bezpiecznym, w porównaniu z europejskimi standardami, poziomie 53 mld rubli, czyli 35 proc. PKB. W ciągu półrocza dług zagraniczny przyrósł netto o 600 mln dolarów i na koniec sierpnia wynosił 17,1 mld, czyli 27 proc. białoruskiego PKB. Jednak problem tkwi nie tyle w relacji zadłużenia do PKB, ale w dostępności zewnętrznych źródeł finansowania. Z podobnym problemem zmagać się będzie również sektor przedsiębiorstw, którego zadłużenie, liczone w dolarach wobec zewnętrznych kredytodawców szacowane jest na ok. 20 mld dolarów. Po tym, gdy Międzynarodowy Fundusz Walutowy odmówił, gdy zaczęły się powyborcze protesty, udzielenia Białorusi wcześniej wynegocjowanego kredytu w wysokości 900 mln dolarów, wiadomo było, że jedyną realną opcją dla Mińska pozostaje Moskwa. Jeszcze przed 9 sierpnia Białorusi udało się sprzedać na europejskim rynku swe papiery skarbowe o wartości 1,2 mld dolarów i tylko dlatego bilans pierwszego półrocza wypadał pozytywnie. Łącznie Białoruś zaciągnęła 1,8 mld nowych długów, dzięki czemu udało jej się spłacić 782 mln dolarów starych. Od Rosji pożyczono w tym czasie 362 mln, spłacając 343, czyli netto pozyskano niecałe 20 mln. W przypadku Chin rachunek pierwszego półrocza wypadł jeszcze gorzej. Mińsk zaciągnął 40 mln dolarów nowych kredytów, musiał zaś oddać 209 mln. Perspektywy nowego finansowania na Zachodzie są obecnie bliskie zeru, niewiele też wskazuje, aby Pekin spieszył się z okazywaniem Łukaszence nowej pomocy ryzykując przy tym, że straci twarz w przeddzień niezwykle ważnych z punktu widzenia celów chińskiej polityki zagranicznej rozmów Xi Jingpinga z liderami Unii Europejskiej. W takiej sytuacji jedyną opcją dla Mińska, pozostała Rosja.

 

Moskwa zapewnia płynność, ale...

 

Już w toku licznych rozmów telefonicznych, jakie Łukaszenka prowadził w sierpniu i na początku września z Putinem pojawiła się idea restrukturyzacji białoruskiego długu wobec Moskwy o wartości 1 mld dolarów. W czasie spotkania jakie białoruski dyktator miał w połowie września w Soczi z Władimirem Putinem miała zapaść decyzja o udzieleniu przez Rosję Mińskowi kredytu w wysokości 1,5 mld dolarów, co oznacza, że łączne zadłużenie Białorusi wobec Rosji osiągnęło już poziom 10 mld dolarów. Równolegle trzy największe rosyjskie banki państwowe: Sbierbank, Wnieszekonombank i WTB, z których każdy ma na Białorusi swoją spółkę córkę, dostały od wizytującego niedawno Mińsk premiera Rosji Michaiła Miszustina, polecenie aby zasilić mający w ostatnich tygodniach problemy z płynnością białoruski system bankowy. Wycofywanie depozytów zarówno przez ludność jak i przedsiębiorstwa doprowadziło do problemów płynnościowych tamtejszych banków, które zmuszone zostały zawiesić rozpatrywanie wniosków o kredyty komercyjnych dla ludności. Innym ze skutków takiej sytuacji był skokowy, z 4–5 proc. w skali roku do nawet 25 proc., wzrost oprocentowania na białoruskim rynku pożyczek międzybankowych.

 

To daje nieco czasu białoruskiemu reżimowi, bo oddala się perspektywa, iż w tym roku pieniędzy na spłatę zobowiązań i stabilizację sytuacji finansowej zabraknie. Ale czy rozwiązuje problemy? Niezależnie od ceny za która przyjdzie Moskwie zapłacić, a obserwatorzy spekulują, że Putin chciał będzie kupić co ważniejsze białoruskie przedsiębiorstwa, w tym tak istotne koncerny jak Biełaruskalij czy rafinerię Naftan o koncernach zbrojeniowych nie zapominając, trzeba zadać pytanie czy Rosja ma zamiar stale zasilać finansowo Białoruś? Wiele wskazuje na to, że z rosyjskiego punktu widzenia tego rodzaju scenariusz jest raczej koszmarem niźli szansą. Jak bowiem policzyli rosyjscy eksperci powrót do starego modelu relacji gospodarczych między obydwoma krajami, czyli szczodrego subsydiowania białoruskiego modelu bezpieczeństwa socjalnego, kosztował będzie każdego obywatela Federacji Rosyjskiej rocznie 6 tys. rubli. Rachunek jest dość prosty. W latach 2011-2015, jak informował na początku roku, w czasie sporów naftowych z Białorusią, Kreml Rosja sprzedając Mińskowi ropę naftową po niższych niźli rynkowe cenach, de facto dotowała sąsiednie państwo kwotą od 18 do 23 mld dolarów. Według obliczeń MFW, który wziął pod uwagę również i inne rosyjskie subwencje dla Białorusi, kształtowały się one na poziomie 9-10 mld dolarów rocznie. Natalia Milczakowa, analityk w Centrum Finansowym Alpari, powiedziała dziennikowi „Niezawisimaja Gazieta”, że gdyby zakładać unijny model integracji gospodarek Rosji i Białorusi, należałoby dążyć też do wyrównania średnich wynagrodzeń i świadczeń społecznych w obydwu krajach. Obecnie są one na Białorusi niższe niźli w Rosji, co będzie kosztować kolejne 12 mld dolarów. Innymi słowy, bez głębokich reform białoruskiej gospodarki perspektywa jej utrzymywania przez Rosję kosztować może rocznie nawet 12 mld dolarów, co jest ciężarem, nawet jak na jednego z głównych światowych eksporterów ropy naftowej, której ceny nie chcą wzrosnąć do przedkryzysowego poziomu. W praktyce oznacza, to, że zbudowany, a raczej zakonserwowany przez Łukaszenkę postsocjalistyczny „białoruski model” zdominowany przez nierentowne przedsiębiorstwa państwowe dożywa właśnie swoich ostatnich dni. Zmiany będą musiały nastąpić, rosyjska pomoc, za którą najprawdopodobniej trzeba będzie zapłacić oddaniem Federacji Rosyjskiej co cenniejszych aktywów da Mińskowi jedynie trochę czasu. Jednak nie zatrzyma nieuchronnych zmian za które zapłacą Białorusini.

 

Marek Budzisz, Gazeta Bankowa

Newsletter