Zmiana nie jest celem samym w sobie

Wzrostowi opartemu na niskich kosztach robocizny przeciwstawiamy koncepcję wzrostu opartego na płacach - mówi Jerzy Kwieciński, minister finansów, inwestycji i rozwoju, laureat tegorocznej edycji Polskiego Kompasu – nagrody „Gazety Bankowej”

 

Rozmawiali Maciej Wośko i Stanisław Koczot

 

Czy może Pan ocenić, na jakim etapie znajduje się obecnie polska gospodarka? Czy dokonuje się jakaś zmiana modelu gospodarczego, na mniej liberalny a bardziej prospołeczny?

 

Jerzy Kwieciński, minister finansów, inwestycji i rozwoju: Kierunek rozwoju polskiej gospodarki wskazaliśmy przed czterema laty. Jego główne cele przedstawiliśmy w tzw. Planie Morawieckiego, a katalog konkretnych działań służących ich realizacji zawiera rządowa Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Wprowadziła ona nowy model rozwoju. Rozwój odpowiedzialny definiujemy znacznie szerszej niż tylko za pomocą tempa wzrostu PKB. Chodzi o to, aby Polska była krajem, w którym nie zostanie zmarnowany żaden talent, żeby z efektów wzrostu gospodarczego korzystali wszyscy mieszkańcy naszego kraju, niezależnie od tego, do jakiej grupy społecznej należą i gdzie mieszkają, w mieście czy na wsi.

 

Co to oznacza w praktyce?

 

W praktyce odpowiedzialny rozwój oznacza jedno z najwyższych w całej Unii Europejskiej tempo wzrostu PKB oraz jedną z najniższych w UE stopę bezrobocia. Przypomnę, że w 2004 r. liczba pracujących wynosiła poniżej 13 mln osób. Jednocześnie stopa bezrobocia rejestrowanego była na poziomie 19 proc. Teraz pracujących mamy ponad 16 mln, a bezrobocie rejestrowane nieznacznie przekracza 5 proc. Udało nam się to, co wielu uważało za niemożliwe. Skutecznie zerwaliśmy z sytuacją, w której większość owoców wzrostu trafia do grup „zwycięzców” procesu transformacji. W ten sposób odrzuciliśmy polaryzacyjno-dyfuzyjny model rozwoju. Model, który mimo atrakcyjnej nazwy, nie tylko nie zapewniał zapowiadanej dyfuzji procesów rozwoju, lecz także prowadził do polaryzacji przybierającej niepokojące rozmiary. Przeciwstawiliśmy mu głęboko przemyślany, prospołeczny model rozwoju zrównoważonego, w którym budowa siły konkurencyjnej gospodarki opiera się na wykorzystaniu zarówno tradycyjnych, jak i nowych czynników rozwojowych z uwzględnieniem potencjałów terytorialnych. To model umożliwiający wszystkim grupom społecznym partycypację zarówno w procesach rozwojowych, rozumianych jako tworzenie wspólnego dobra, jak i w czerpaniu korzyści z tej twórczej działalności.

 

Czy ten nowy model można jakoś nazwać?

 

Odeszliśmy od modelu liberalnego na rzecz modelu prospołecznego, solidarnościowego. Ten pierwszy zakłada, że procesy rynkowe to mechanizm samoistnie rozwiązujący wszystkie wyzwania pojawiające się na ścieżce rozwoju. Natomiast model prospołeczny zakłada wspomaganie procesów rynkowych w taki sposób, aby przynosiły nie tylko efekty optymalne z punktu widzenia krótkookresowej stopy zwrotu z działalności gospodarczej właścicielom kapitału, lecz także przyczyniły się do tworzenia jak najszerszych podstaw przyszłego rozwoju wszystkich czynników produkcji, w tym czynnika pracy, z myślą o podnoszeniu konkurencyjności gospodarki i coraz lepszym życiu naszych rodaków.  Chciałbym jednak podkreślić, że zmiana modelu rozwoju gospodarczego na bardziej prospołeczny nie jest celem samym w sobie. Dążymy do tego, aby w niedalekiej przyszłości efektem odpowiedzialnego rozwoju stało się urzeczywistnienie wizji państwa dobrobytu, która została niesłusznie zarzucona na początku transformacji społeczno-ustrojowej.

 

Dlaczego następują te zmiany, jaka jest ich przyczyna? Czy wynika to z chęci poprawienia błędów, jakie zostały popełnione w okresie transformacji, które doprowadziły do pojawienia się wielkich nierówności społecznych i rosnącego poczucia niesprawiedliwości? Czy też zmiana ta jest efektem konieczności wynikającej z etapu, na jakim znalazła się polska gospodarka – wyczerpujący się potencjał taniej siły roboczej, konieczność postawienia na innowacje, na współpracę ludzi pozwalającą na szybsze tempo rozwoju?

 

Uważam, że u podstaw przeprowadzonej zmiany modelu rozwojowego leżą zarówno czynniki społeczne, m.in. potrzeba stabilnej sytuacji społecznej w perspektywie średnio- i długookresowej, jak i ekonomiczne, przede wszystkim potrzeba przestawienia gospodarki na tory innowacyjności. Jeśli na rozwiązania neoliberalne, które były podstawą zapoczątkowanej w Polsce w 1989 r. transformacji ustrojowej, spojrzymy z punktu widzenia tzw. racjonalności ogólnospołecznej, to ocena wydaje się jednoznaczna. Zdecydowane postawienie na indywidualizm rozumiany jako nieskrępowane siły wolnego rynku sprawiło, że doszło do osłabienia więzi społecznych. Z powodu deindustrializacji została utracona znaczna część potencjału produkcyjnego, i to nie tylko pochodzącego z PRL-u, lecz także z okresu międzywojennego. Likwidacja państwowych gospodarstw rolnych, bez zapewnienia ich pracownikom zawodowej alternatywy, skazywała wiele osób na biedę, która często stawała się dziedziczna. Następowała polaryzacja dochodów i szans życiowych. To potęgowało u znacznej części społeczeństwa poczucie niesprawiedliwości i bycia porzuconym przez transformacyjne elity. Oparcie rozwoju gospodarczego na zasobach stosunkowo dobrze wykształconych kadr pozwoliło, również dzięki napływowi kapitału zagranicznego, na wyjście z recesji potransformacyjnej, a następnie osiąganie relatywnie wysokiego tempa wzrostu gospodarczego. Taki wzrost jest charakterystyczny dla krajów „doganiających” poziom gospodarek rozwiniętych. Natomiast nie udało zneutralizować niekorzystnych następstw pierwszych lat transformacji.

 

Jakie jest wyjście z tej sytuacji?

 

Kiedy pracowaliśmy nad Strategią na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, widzieliśmy, że chociaż Polska zmniejszała w ostatnich dekadach dystans do krajów rozwiniętych, to zaczęła borykać się z problemami dotychczasowych dźwigni wzrostu i konkurencyjności. Zagrażało to utknięciem w tzw. pułapce średniego dochodu. W poszukiwaniu nowych źródeł rozwoju położyliśmy nacisk na konieczność połączenia dalszego wzrostu produktywności z wzrostową ścieżką wynagrodzeń w taki sposób, aby nie prowadziło to do pogorszenia zdolności konkurencyjnych poszczególnych przedsiębiorstw i całej gospodarki. Wzrostowi opartemu na niskich kosztach robocizny przeciwstawiamy koncepcję wzrostu opartego na płacach. W Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju założyliśmy, że w krótkim okresie wpłynie to korzystnie na poziom koniunktury gospodarczej. Patrząc przez pryzmat wskaźników makroekonomicznych, udało nam się to już osiągnąć. Natomiast z perspektywy długookresowej zakładamy, że nowy model rozwoju przełoży się na odbudowę kapitału społecznego, coraz efektywniejsze przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu i przyspieszenie procesu modernizacji gospodarki. Przyniesie to wzrost jej konkurencyjności, a także wzrost dochodów i poprawę jakości życia Polaków.

 

Na ile, pana zdaniem, zmiany dokonujące się w polskiej gospodarce wynikają z naszych wewnętrznych warunków, a na ile są efektem globalnych procesów? Które z nich uważa Pan za decydujące dla europejskiej gospodarki, mogące przesądzić o konkurencyjności Starego Kontynentu, w tym Polski?

 

Można zidentyfikować kilka globalnych trendów, które określą kierunek rozwoju światowej gospodarki w najbliższych latach. Wprawdzie ich wpływ na poziomie poszczególnych gospodarek może być różny, jednak każde państwo będzie musiało je uwzględnić w swojej polityce gospodarczej. Po pierwsze wzrost znaczenia gospodarczego i politycznego Azji, a zwłaszcza Chin, Indii oraz kilku mniejszych krajów ściśle z nimi współpracujących. Dziś Azja jest słusznie nazywana fabryką świata, ale coraz częściej staje się także centrum innowacji. Oznacza to konieczność przemodelowania dotychczasowych łańcuchów wartości, czyli tych, w których liderami są kraje zachodnie i w których silnie zaangażowane są działające w Polsce przedsiębiorstwa. Unijne firmy tracą swoją pozycję nawet na swoich „tradycyjnych” rynkach zagranicznych, np. afrykańskich czy południowoamerykańskich. To wynik zarówno bardziej konkurencyjnych cen dostawców azjatyckich, a także nasilającej się konkurencji technologicznej z ich strony. Dlatego tak ważne jest, aby europejskie przedsiębiorstwa były zdolne do bardziej efektywnego konkurowania na rynkach poza UE. Wprowadzona w Polsce w 2016 r. reforma systemu wsparcia internacjonalizacji krajowych przedsiębiorstw wychodzi naprzeciw zmianom w globalnych łańcuchach wartości. Krajowi przedsiębiorcy mogą dzięki niej korzystać z systemu usług proeksportowych, które pozwalają im zaistnieć na rynkach poza Unią Europejską. Ten kierunek ich ekspansji staje się coraz ważniejszy w obliczu wzrastającej konkurencji na rynku unijnym.

 

Drugim trendem wpływającym na konkurencyjność przedsiębiorstw w Unii Europejskiej jest niewątpliwie powolny zmierzch tradycyjnych przemysłów. Dotyczy to np. motoryzacji, gdzie obok tradycyjnych konkurentów na rynku zaczęły być aktywne także firmy z sektora nowych technologii. Motoryzacja stoi przed ogromnym wyzwaniem skutecznego zastąpienia silników spalinowych przez silniki elektryczne i napędzane paliwami alternatywnymi, ze wszystkimi tego konsekwencjami dla przedsiębiorstw i konsumentów. Należy też pamiętać o wyzwaniach związanych z tworzeniem i coraz bardziej masową eksploatacją tzw. pojazdów autonomicznych. Warto przypomnieć, że polski rząd podchodzi selektywnie do przyciągania nowych inwestycji w sektorze motoryzacji. Obecnie publiczne wsparcie jest skierowane zwłaszcza do przedsiębiorstw, które uczestniczą w tym nowym wyścigu technologicznym. Dobrym przykładem są inwestycje produkcyjne z obszaru baterii lub pojazdów autonomicznych.

 

Trzecia rzecz, która oddziałuje na potencjał unijnej gospodarki, to transformacja energetyczna. Z jednej strony jest ona niezbędna, aby ograniczyć negatywny wpływ człowieka na środowisko naturalne. Z drugiej – zbyt szybkie przeobrażenie systemu energetycznego może prowadzić do zwiększenia obciążeń finansowych, które odczują zwłaszcza najbiedniejsze i najbardziej wrażliwe grupy społeczne, zarówno w Polsce, jak i w całej Unii Europejskiej. Jednocześnie dotychczasowe doświadczenia we wdrażaniu działań na rzecz klimatu pokazują, że Unia narzuciła sobie najbardziej ambitny program w tym obszarze. Sprawiedliwa transformacja energetyczna wymaga, aby ciężar zmian był właściwie rozłożony w czasie, a także, aby biedniejsze regiony otrzymywały wsparcie. Na poziomie unijnym przygotowywane są już mechanizmy finansowe, np. Just Transition Fund, którego Polska będzie jednym z beneficjentów. Tymczasem państwa emitujące znaczne ilości zanieczyszczeń, np. Chiny, Indie czy USA, podchodzą do tego dużo mniej rygorystycznie. Mamy zatem do czynienia z nierównomiernym rozłożeniem kosztów tej transformacji.

 

Wreszcie czwartym wyzwaniem jest demografia, która z różną intensywnością dotyka wszystkich państw unijnych, a także wpływa na niektóre kraje rozwijające się, np. Chiny. Oznacza ono konieczność dokonania przemiany nie tylko naszego modelu ekonomicznego, lecz także zmian w dostarczaniu usług publicznych. Polska już wprowadza zmiany, będące odpowiedzią na wyzwania w tym obszarze, czego najlepszym przykładem jest program Dostępność Plus.

 

Jakie wyzwania stoją obecnie przed polską gospodarką? Które z nich uważa Pan za kluczowe, wymagające jak najszybszego rozwiązania?

 

Polska gospodarka jest silnie związana z europejską, dlatego dotykają nas podobne wyzwania: odejście od tradycyjnych przemysłów, globalna konkurencja przedsiębiorstw, starzenie się społeczeństwa czy transformacja energetyczna. Jednak konieczne jest właściwe rozłożenie akcentów między tymi wyzwaniami. W przypadku Polski najważniejszym wyzwaniem wydaje się być demografia. Nasze społeczeństwo starzeje się, co wpływa zarówno na perspektywy rozwoju gospodarczego, jak i na konieczność zapewnienia właściwego systemu wsparcia seniorów w ich codziennym życiu. Starzenie się społeczeństwa oznacza mniejszą liczbę pracowników, których braki przedsiębiorstwa powinny uzupełnić za pomocą automatyzacji procesów produkcyjnych czy biznesowych. Jednak zbyt szybka transformacja w tym obszarze może prowadzić do jeszcze większej presji na rynek pracy, na którym będzie znajdować się ograniczona liczba osób o odpowiednich kwalifikacjach. Oznacza to m.in. konieczność dokonania zmian w systemie kształcenia, także ustawicznego czy aktywizacji zawodowej osób pozostających bez pracy. Równocześnie rząd i samorząd muszą dostosować usługi publiczne do potrzeb osób starszych, w tym także osób z ograniczoną mobilnością. Dotyczy to m.in. usług medycznych, wsparcia dla rodzin, w których są osoby starsze czy choćby zadbanie o właściwe kadry w sektorze medycznym. Już dziś inwestujemy, min. środki unijne, w rozwijanie nowoczesnych form świadczenia usług medycznych i opiekuńczych, łączących elementy telekomunikacji, informatyki, medycyny i profilaktyki zdrowotnej. Rząd realizuje liczne projekty, które odpowiadają na to wyzwanie. Zwiększające się nakłady finansowe na sektor zdrowia przyczynią się do lepszej dostępności do usług medycznych dla całego społeczeństwa, a także ograniczą braki w kadrach medycznych. Programy profilaktyczne i społeczne przeznaczone dla osób starszych, np. program Leki 75+, zmniejszają wydatki ponoszone przez pacjentów będących w wieku emerytalnym i ich rodziny.

 

Jakie zadania stoją teraz przed rządem, które przedsięwzięcia uważa Pan za konieczne do podjęcia w pierwszej kolejności? Na czym będzie polegała kontynuacja polityki rządu?

 

Z woli wyborców rząd Zjednoczonej Prawicy otrzymał mandat na kolejną kadencję. Przyznam, że dla mnie jako ministra inwestycji i rozwoju to szczególnie ważne, bo pozwala nieprzerwanie kontynuować realizację projektów wpisanych w Strategię na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. To nie tylko wielkie przedsięwzięcia, jak budowa CPK, przekop Mierzei Wiślanej czy dokończenie połączenia gazowego ze źródłami tego surowca w Norwegii. Będziemy inwestować w infrastrukturę, domykać sieć autostrad i dróg ekspresowych, modernizować kolej, dbać o warunki rozwoju rodzimych firm i zwiększania innowacyjnego potencjału naszej gospodarki. Oczywiście rząd będzie prowadził nadal programy społeczne, jak Rodzina 500+, dlatego jako minister finansów akcentuję wagę działań zwiększających dochody budżetowe, zwłaszcza uszczelniających system podatkowy. Zarówno potężny program inwestycyjny, jak i bezpośrednie wsparcie rodzin mogą okazać się – jeśli nie antidotum to buforem, ograniczającym potencjalne efekty spowolnienia gospodarczego obserwowanego w krajach UE, szczególnie w Niemczech, które są naszym największym partnerem handlowym. Kluczem jest zatem zapewnienie finansowania dla tych działań. Z jednej strony zrobimy wszystko by w unijnym budżecie na kolejnych siedem lat polityka spójności i wspólna polityka rolna zachowały silną pozycję, a Polska miała w nich jak największy udział. Z drugiej – powtórzę – musimy przede wszystkim zadbać o nasz krajowy budżet, w myśl zasady „umiesz liczyć, licz na siebie”. Tę zasadę z pewnością stosują przedsiębiorcy, dlatego sądzę, że oni też nie zwolnią tempa i utrzymają dynamikę przyrostu inwestycji na poziomie zbliżonym do blisko 20 proc. odnotowanych w pierwszym półroczu 2019 r.

 

Przyszłoroczny budżet będzie budżetem bez deficytu. Jak udało się to osiągnąć? Czy widzi Pan ryzyka związane z realizacją tego ambitnego planu? Na ile są one związane z polską gospodarką, a na ile z globalnymi napięciami?

 

Budżet na 2020 r. może być pierwszym zrównoważonym budżetem od 1990 r. Planowany wynik stanowi kontynuację tendencji z lat 2015-18, kiedy to deficyt systematycznie się obniżał. Ale budżet jest przyjmowany przez parlament. I już słyszę wątpliwości co do likwidacji 30-krotności ZUS-u. Więc pewnie nie będzie łatwo, ale taką próbę podejmujemy. Od 2015 r. dyscyplinie po stronie wydatkowej, towarzyszy wdrażanie rozwiązań uszczelniających system podatkowy. W rezultacie w porównaniu do ustawy budżetowej na 2019 r. wydatki w 2020 r. rosną o 3,2 proc. a dochody o 10,8 proc. Działania uszczelniające spowodowały wzrost dochodów, który umożliwia jednoczesne utrzymanie stabilności finansów publicznych i realizację ambitnych programów społecznych. W projekcie na 2020 r. założono, że dochody ogółem budżetu państwa wzrosną w stosunku do 2019 r. o blisko 42 mld zł, z tego z samych podatków ponad 33 mld zł. Scenariusz ten jest bardzo realistyczny, ponieważ oczekujemy znacznie wyższego niż założono w ustawie budżetowej wykonania dochodów w 2019 r. – o ponad 16,5 mld zł, w tym wyższe wykonanie dochodów podatkowych o 11,6 mld zł. Wzrostowi dochodów sprzyja oczywiście przyjęty scenariusz makroekonomiczny, jak kontynuacja wzrostu gospodarczego czy przewidywany wzrost inflacji, jednak istotnym czynnikiem są wdrożone i przygotowywane zmiany systemowe, które służą uszczelnieniu systemu podatkowego. W 2020 r. dotyczyć to będzie głównie podatków VAT, CIT i akcyzy. Zaplanowane wydatki po uchwaleniu ustawy stanowić będą limit, więc główne ryzyka związane z wykonaniem budżetu w 2020 r. mogą dotyczyć strony dochodowej, która w znacznym stopniu zależy od rozwoju sytuacji makroekonomicznej, w tym takich czynników jak struktura wzrostu PKB, dynamika funduszu płac czy też inflacja.

 

Jakie warunki musiałyby zostać spełnione, by budżet bez deficytu był możliwy również w kolejnych latach? A kiedy może pojawić się nadwyżka budżetowa? Czy jest ona celem rządu? I czy jest ona potrzebna polskiej gospodarce na obecnym etapie jej rozwoju?

 

Priorytetem jest utrzymanie stabilności finansów publicznych przy wspieraniu wzrostu gospodarczego. Ale mówiąc o stabilności finansów publicznych trzeba mieć na uwadze wynik całego sektora instytucji rządowych i samorządowych, nie tylko budżetu państwa. Utrzymanie stabilności finansów publicznych wymaga prowadzenia polityki budżetowej w ramach ograniczeń wynikających z konieczności przestrzegania reguł fiskalnych, wynikających z prawa krajowego, zdefiniowanych w ustawie o finansach publicznych, i unijnego. Ograniczenia zobowiązujące Polskę do utrzymywania deficytu nominalnego całego sektora finansów publicznych na poziomie poniżej 3 proc. PKB wynikają z prawa unijnego, którego podstawą jest Traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej oraz Pakt Stabilności i Wzrostu. W projekcie ustawy budżetowej przewiduje się, że deficyt nominalny całego sektora wyniesie w 2020 r. 0,3 proc. PKB. Mimo deficytu nominalnego i długu sektora znacznie poniżej limitów wskazanych w prawie unijnym, Polska musi realizować ścieżkę dostosowawczą dla osiągnięcia tzw. średniookresowego celu budżetowego – w Polsce jest nim deficyt strukturalny sektora na poziomie 1 proc. PKB. Dla porównania deficyt nominalny sektora w 2018 r. wyniósł 0,2 proc. PKB natomiast strukturalny ok. 1,4 proc. PKB. Realizacji tego celu służy tzw. stabilizująca reguła wydatkowa. Trochę to skomplikowane, ale w skrócie można powiedzieć, że wynik strukturalny to wynik nominalny po wyeliminowaniu wpływu koniunktury gospodarczej. Przestrzeganie średniookresowego celu budżetowego pozwala więc, nawet przy znacznym pogorszeniu sytuacji gospodarczej, zapobiec wzrostowi deficytu nominalnego sektora powyżej 3 proc. PKB. Redukcja deficytu strukturalnego jest szczególnie ważna obecnie, w okresie dobrej koniunktury gospodarczej. Budżet państwa z nadwyżką lub budżet zrównoważony w kolejnych latach, miałby istotny wpływ na tempo osiągania średniookresowego celu budżetowego, jednak należy pamiętać, że budżet państwa jest jednocześnie głównym instrumentem realizacji priorytetów polityki społecznej i gospodarczej rządu. Ponieważ planowanie wydatków budżetu państwa determinuje stabilizująca reguła wydatkowa, a duży wpływ na określenie tzw. limitu wydatków mają działania związane z trwałym zwiększeniem dochodów to warunkiem niezbędnym do dalszej poprawy sytuacji budżetu i całego sektora finansów publicznych jest kontynuacja polityki zwiększania dochodów.

 

Na koniec II kwartału dług zagraniczny Polski spadł do 60 proc. w relacji do PKB. Według ekonomistów, jest to poziom zapewniający gospodarce bezpieczeństwo. Jesteśmy bardziej odporni na turbulencje na światowych rynkach finansowych. Dla gospodarki to bardzo dobry sygnał. Dlaczego udało się osiągnąć tak dobry wynik, i czy jest on do powtórzenia w kolejnych kwartałach i w kolejnych latach?

 

Na koniec II kw. 2019 r. zadłużenie zagraniczne wyniosło 309,4 mld euro, tj. 60,8 proc. PKB. Na uwagę zasługuje nie tylko sam poziom zadłużenia zagranicznego Polski, ale również tempo jego spadku. Względem szczytu z końca 2016 r. jego poziom w relacji do PKB spadł już bowiem o blisko 15 pkt. proc. Zadłużenie zmniejszyło się umiarkowanie w ujęciu nominalnym, co oznacza, że w warunkach dynamicznie rosnącej gospodarki stanowi ono też dla niej coraz mniejsze obciążenie. Największą kontrybucję do jego spadku miał sektor rządowy. Po transformacji ustrojowej zasoby oszczędności krajowych pozostawały ograniczone. W rezultacie napływ kapitału zagranicznego musiał odgrywać większą rolę w finansowaniu inwestycji, niż w przypadku krajów wysokorozwiniętych. Pozwoliło to na przyspieszenie tempa wzrostu gospodarczego, ale skutkowało jednocześnie pojawieniem się deficytu rachunku bieżącego, który w konsekwencji prowadził do narastania zadłużenia zagranicznego. W ostatnich latach nierównowaga na saldzie rachunku bieżącego wyraźnie zmniejszyła się, a w 2017 r. mieliśmy nawet niewielką nadwyżkę. Było to możliwe m.in. dzięki dobrym wynikom eksportu wspieranego przez wysoką konkurencyjność przedsiębiorstw. Ekspansja polskich firm transportowych na rynku europejskim i rozwój sektora usług dla biznesu zaowocowały natomiast wyraźnym wzrostem nadwyżki usług – do 4,4 proc. PKB w 2018 r. Powyższe czynniki mają charakter strukturalny i powinny dalej utrzymywać deficyt rachunku bieżącego na niskim poziomie. Ograniczenie potrzeb zewnętrznego finansowania powinno z kolei utrzymać zadłużenie zagraniczne w tendencji malejącej.

 

Maciej Wośko,Stanisław Koczot

Gazeta Bankowa

Newsletter