Biden za, a nawet przeciw Polsce

Joe Biden, kandydat Demokratów na fotel prezydenta USA popełnił kardynalny błąd, który stawia pod znakiem zapytania jego umiejętności jako polityka. Ciężko obraził wyborców, którzy przez pokolenia zwykli głosować na jego partię. Chodzi o 10 mln wyborców polskiego pochodzenia

 

Zrobił tak wszem i wobec, bezceremonialnie w trakcie wywiadu udzielonego progresywnemu dziennikowi „The New York Times”, wskazując na błędy poprzedniej administracji, której przecież był integralną częścią jako wiceprezydent. Stwierdził w bezpośredniej rozmowie z gronem dziennikarzy tej gazety (nagranie jest dostępne w internecie), że „my, politycy Partii Demokratycznej, przestaliśmy  pokazywać się w »polskich klubach«”, a zamiast tego „zaczęliśmy budować sojusz z ludźmi jak wy (dziennikarze) tzn. z ludźmi inteligentnymi (ang.: really smart people)” („We stopped showing up at the Polish American club. We stopped showing up, and we all went to you, the really smart people. We had a new kind of coalition we were putting together. College-educated women and college men and boom, boom, boom and so on.”) Joe Biden zaserwował swoim zwolennikom tzw. Polish joke, jak relacjonuje konserwatywny dziennik „The Chronicles”. Jednak w ten sposób obraził nie tylko Amerykanów polskiego pochodzenie, lecz również przedstawicieli wielu innych grup etnicznych, którzy przybyli do USA z Europy Środkowej i Wschodniej.

 

Czy tak niewyrafinowany sposób politycznej narracji utoruje mu drogę do Białego Domu w kluczowych stanach jak Pensylwania, Wisconsin, Minnesota czy Iowa? To  nie jedyna wpadka demokratycznego kandydata do prezydentury. W innym wystąpieniu przestrzegł przed „strefami bez LGBT” w Polsce powielając oczywisty fake news, a podczas debaty, w której odpowiadał na pytanie wyborców, jednym tchem wymienił Węgry, Polskę i Białoruś jako przykład... reżimów totalitarnych w naszym regionie świata! Czy ta powierzchowność w opiniach nie niszczy w istocie rzeczy dokonań wypracowanych przez obecną administrację prezydenta Donalda Trumpa w relacjach z Polską? Chyba nie, gdyż... Joe Biden i jego sztab wyborczy wydał oświadczenie dotyczące naszego kraju. W odpowiedzi na głosy dezaprobaty ze strony Polonii amerykańskiej zapewnił w nim, że „artykuł 5. Traktatu Północnoatlantyckiego tj. atak na jakiegokolwiek członka NATO jest atakiem na wszystkim członków NATO – stanowi niezachwianą więź między Stanami Zjednoczonymi i Polską”. Potwierdził także sprzeciw USA wobec projektu Nord Stream 2 tj. gazociągu po dnie Bałtyku łączącego bezpośrednio Rosję i Niemcy z pominięciem terytorium Polski i innych państw Europy Środkowej. Zabrakło jednak odniesienia do inicjatywy Trójmorza i przyszłości tego projektu, który jak dotąd wspierała administracja obecnego prezydenta Donalda Trumpa.

 

Soros wiecznie i wszędzie żywy?

 

Uważny obserwator kampanii prezydenckiej w USA zauważy, że wypowiedź Joe Bidena dla „New York Times” dotycząca Polski brzmi na dobrze znaną nam nutę. Ileż to razy podczas kampanii politycznych w ciągu ostatnich lat media związane z finansistą George’em Sorosem wbijały nam do głowy, że zwolennicy PO to wykształceni z wielkich miast podczas, gdy PiS wspierają „moherowe berety” z ciemnej prowincji, bez edukacji i tym bardziej wiedzy o wielkim świecie. Tak skrojona taktyka i narracja poniosła całkowitą klęskę na naszej scenie politycznej. Została wręcz skompromitowana po kolejnych porażkach wyborczych partii i polityków wspieranych przez media mainstreamu. Co zatem każe Joe Bidenowi iść tą drogą? Czy jego doradcy od naszego regionu utrzymują go w „mylnym” błędzie? Czy wyborcy z amerykańskiej prowincji i przedmieść wielkich miast nie hołdują konserwatywnym wartościom tak jak ma to miejsce również w Polsce?

 

W mojej ocenie wypowiedzi Joe Bidena nie są przypadkowe, a sam kandydat zdaje się przedwcześnie odcinać kupony od przyszłego zwycięstwa. Uznał, że skoro posiada 10 punktów procentowych przewagi nad swym konkurentem w sondażach, to może pozwolić sobie na zlekceważenie znacznej liczby wyborców, których z góry uznał za straconych, gdyż tak czy inaczej zagłosują na Trumpa. Co w ten sposób może osiągnąć? Przede wszystkim, Joe Biden chciałby mimo wszystko, by wyborcy postrzegali go jako kandydata centrum... wolnego od wpływu skrajnej lewicy? Wyniesienie tematów LGBT poza USA i wskazanie w tym kontekście Polski zdaje się stosunkowo bezpiecznym zagraniem i ukłonem w kierunku skrajnie lewicowego elektoratu w samych Stanach Zjednoczonych. Z kolei zrównanie Polski i Węgier z Białorusią podważa dorobek administracji Donalda Trumpa w relacjach USA z krajami naszego regionu, a także pomniejsza polityczne znaczenie Inicjatywy Trójmorza.

 

A jednak kampania Joe Bidena i taktyka Partii Demokratycznej nosi widoczny znak wpływu Georga Sorosa i progresywnych mediów, które mu sprzyjają. Przede wszystkim przeciw obecnemu prezydentowi Donaldowi Trumpowi wywołano totalną wojnę informacyjną w mediach mainstreamu od pierwszego dnia urzędowania, a... nawet jeszcze przed zaprzysiężeniem. I trwa ona po dziś dzień. Kolejne próby „impeachmentu” pod różnymi pretekstami miały na celu skrócenie kadencji republikańskiego polityka i przejęcie władzy. Podobna taktyka cechowała totalną opozycję w Polsce. Ta starała się skrócić kadencje rządów Zjednoczonej Prawicy na wszelkie sposoby, przebijając dno pod hasłem „ulica i zagranica”. W obu przypadkach tak radykalny sposób prowadzenia polityki prowadzi do podważania wiarygodności instytucji państwa, podziałów społecznych, a w konsekwencji do zastąpienia rządów demokratycznych przez dyktaturę mniejszości. Przy czym nie „tej” mniejszości, bowiem ideologia LGBT stanowi dla polityków tylko przydatne narzędzie, nie zaś cel sam w sobie.

 

Co jeśli wygra demokrata?

 

Podobne pytanie zadaje na swoich wiecach wyborczych urzędujący prezydent Donald Trump, gdyż trudno nie docenić stawki, o którą tym razem idzie gra. W przeciwieństwie do innych kampanii prezydenckich kandydaci na finiszu postawili na mobilizację własnych elektoratów, mniej wagi przywiązując do wyborców z centrum i tych niezdecydowanych. Ta próba sił będzie trwała do 3 listopada, czyli do dnia wyborów prezydenckich. O wyniku zadecydują wydarzenia, których jeszcze nie znamy, a obecne sondaże przychylne pretendentowi do urzędu prezydenta mogą okazać się równie zwodnicze jak przed czterema laty, gdy zwycięzcą miała się okazać Hilary Clinton. Już teraz można jednak zaryzykować twierdzenie, że o ostatecznym wyniku zadecydują mieszkańcy kluczowych w tych wyborach stanów, a należą do nich: Pensylwania, Michigan, Wisconsin, Iowa i oczywiście Floryda. Wszędzie tam sondaże wskazywały na wygraną Hilary Clinton przed czterema laty... Poza Florydą, znaczna miejscowa Polonia może zdecydować poprzez swe głosy i aktywność o tym, kto okaże się zwycięzcą wyścigu do fotela prezydenta. Jeśli wygra Donald Trump, to już nigdy żaden przyszły kandydat na ten urząd z pewnością nie zlekceważy siły głosów Polonii amerykańskiej.

 

Warto przypomnieć dorobek pierwszej kadencji prezydenta Donalda Trumpa poprzez pryzmat interesów naszego kraju. bowiem są one imponujące. Staliśmy się strategicznym partnerem USA w naszym regionie, co daje nam niezwykle silną kartę przetargową w UE w negocjacjach z takimi potęgami jak Niemcy i Francja, o czym dobitnie świadczy reaktywacja trójkąta Weimarskiego. Na terytorium Polski stacjonuje obecnie kilka tysięcy żołnierzy amerykańskich wraz z dowództwem dywizji odpowiedzialnym za bezpieczeństwo w naszym regionie, co daje nam niepodważalne gwarancje bezpieczeństwa zarówno w ramach NATO jak i na podstawie dwustronnej umowy o współpracy militarnej. Wreszcie, możemy w końcu mówić o realnej perspektywie suwerenności energetycznej wraz zapewnieniem bieżących dostaw skroplonego gazu LNG z USA i postępującymi pracami nad realizacją projektu Baltic Pipe, tj. gazociągu po dnie Bałtyku do Danii i dalej do złóż gazu naturalnego w Norwegii. W tym kontekście ruch bezwizowy dla Polaków udających się do USA brzmi jak czysta formalność...

 

A jeśli wygra Joe Biden, to i ten wynik nie zmieni w sposób znaczący sytuacji międzynarodowej oraz znaczenia Polski i regionu Europy Środkowej w nowym rozdaniu geopolitycznym, w którym do gry wszedł stosunkowo nowy gracz: Chińska Republika Ludowa. I choć z dzisiejszej perspektywy może to zabrzmi wbrew utartym kanonom politycznej poprawności, to jednak USA niezależnie od wyniku wyborów prezydenckim nie wróci pokornie do Traktatu Paryskiego ws. Klimatu, nie reaktywuje porozumienia z Iranem, nie wycofa się z wsparcia Inicjatywy Trójmorza, gdyż utraciłyby w ten sposób sprawozdawczość i inicjatywę w polityce zagranicznej. Bo taka właśnie przewrotna jest i była polityka, w której liczą się przede wszystkim interesy, nie zaś ideologia, która przez polityków jest traktowana wyłącznie jak instrument.

 

Jerzy Bielewicz, Gazeta Bankowa

Newsletter